niedziela, 23 lutego 2014

Rozdział 1

Przetarłam swoją mokrą ręką, szybę znajdującą się naprzeciwko mnie. Przeciętna brunetka, owinięta ręcznikiem, która pomaga ludziom. Ludziom psychicznym. Myślałam tak, ale nie chciałam się do tego przyznać. Kochałam tych ludzi. Widziała w nich ziarneko normalności. Czasami zazdrościłam takim ludziom. Wyróżniają się. Mają swoje życie, ubzdurane na wymyślonej, czarnej chmurze. Ale jednak inne .
Weszłam do swojej prywatnej garderoby i założyłam ołówkową spódniczkę i białą koszule. Jest to mój uniform do pracy. Jednak  nie zawsze go noszę. Nigdy nie miałam przez to problemów, w końcu moim szefem był mój przyjaciel. Do dopełnienia stroju założyłam krucze, wysokie szpilki i przejrzałam się w lustrze, które mieściło się na całej ścianie. Będąc psychiatrą pensja jest duża, więc i ściana jest duża oraz lustro też. Jestem bogatą kobietą, tak. Ale dlaczego nie czuje tego ciepła w środku? Wiadomo. Miłości nie da się kupić, a już na pewno nie uczucia od rodziny. Zmarli. Jak wszyscy, tylko, że za szybko. Jedyną moją miłością , była moja własna praca.
Wyszłam z domu zamykając drzwi na cztery spusty. Dla pewności. Odpaliłam swoje piękne, czarne auto i pojechałam do psychiatryka na biednej i strasznej dzielnicy Londynu,Falls. Nawet jeśli jest lato lub wiosna, drzewa są tam bez pięknych, zielonych liści. Trawa w tym miejscu jest pozbawiona koloru, a o istnieniu kwiatów tamtejsi ludzie nie wiedzą. Smutne. Zaparkowałam na prakingu i wolnymi krokami podążyłam do wejścia. Weszła na korytarz i poczuła zapach stęchlizny oraz sztucznych kwiatków, które były tak stare, że można było je wyczuć na kilomter. Parapety miały na sobie przynajmniej trzy warstwy kurzu, a telewizor w salonie odtwarzał tylko jeden program. A dokładnie program dokumentalno-historyczny. Biedni ludzie, dlaczego puszczać im coś co było, skoro już to nie wróci? Mogę być pewna, że pacjenci tego szpitala znają tę historie na pamięć.
- Jest już pani- odezwała się kobieta w białym uniformie. Pielęgniarka.
 Przytaknęłam głową i weszłam do sali numer trzydzieści cztery, tam gdzie znajdowała się starsza pani Hawer. Staruszka siedziała na wózku inwalidzkim i przyglądała się krajobrazowi za oknem. Niestety, nie było tam nic ciekawego oprócz opustoszałej polany i zachmurzonego nieba.
Proszę pani...- odezwałam się  pukając w dębowe drzwi, pomalowane na biały kolor. Jakże nieudolnie.
- Honey- powiedziała starsza pani radośnie. Mówiła na mnie Honey, nie dlatego, że jej się myliło, tylko dlatego, że Hony kojarzyła jej się ze słodkością, w tym przypadku z miodem.
- Mam coś dla pani.
Zaczęłam szperać w swojej torebce z Prady. Wyciągnęłam z niej coś, owiniete niebieską reklamówką z pierwszego lepszego sklepu spożywczego. Podałam to pani Hawer, a ona trzęsącymi się i zmarszczonymi rękami wzięła to. Odwinęła prezent i zobaczyła pięknego, fioletowego krokusa w żółtej doniczce. Pani Hawer złapała się za swoje serce i szczerze uśmiechnęła się do swojego psychiatry, w tym przypadku, mnie.
- Dziękuje Ci, Słońce.- powiedziała prawie płacząc. To przecież zwykły kwiatek, ale dla tej pani jak i dla każdego w tym chorym budynku to jest coś. Ten kwiat jest prawdziwy, a nie sztuczny jak wszystkie te na podłodze lub w innych miejscach.  Słabo uśmiechnęłam się i wzięłam doniczkę z kwiatuszkiem z rąk staruszki. Zabrałam z zimnego parapetu sztuczne stokrotki w brzydkiej, dużej, brązowej doniczce i na jej miejsce położyłam krokusa.
- Czy czuje się pani lepiej?- spytałam wracając na swoje miejsce
- Jak ty tu jesteś
 Uśmiechnęłam się leciutko, tak, że było to minimalnie zauważalne. Złapałam panią Hawer za rękę i spojrzała w jej pozbawione blasku oczy.
- Będzie lepiej. Obiecuje.
- Wierze Ci, Honey.
Po chwili ciszy w mojej torebce  zabrzęczał telefon. Nie chętnie wyciągnęłam go i odebrałam.
- Nie mogę tera...
- To nie jest sprawa na telefon. Przyjedź jak najszybciej- przerwał mi szef ( przyjaciel)
Zaraz po tym rozłączył się. W stanie konsternacji trzymałam telefon przy uchu, chociaż nikogo nie było na linii.
- Coś się stało?- spytała pani Hawer schylając się w moją stronę. Siedziałam tam, jakbym była zamrożona w lodzie.
- Nic takiego czym powinna się pani martwić.- odparłam ciepło  chowając telefon.- Niestety, muszę iść.- powiedziałam wstając z krzesła- Ale za niedługo przyjdę- dopowiedziałam szybko jakby liczyło się od tego życie na Ziemi.
- Do zobaczenia- cicho jękła staruszka łapiąc się za głowę.
Żal było mi pani Hawer. Sama, bym nie chciała się znaleźć w takim miejscu. Czuje tutaj dziwną atmosferę i niechęć gdy tu jestem godzinę, a co dopiero tutaj mieszkać na stałe.
***
- O co chodzi?- spytałam siadając na krześle wyposażonym w czarną skórę.
Brad podrapał się po brodzie nie wiedząc jak powiedzieć lub wytłumaczyć.
- Hony, nie wiem czy będziesz chciała się tego podjąć.
- Czego?
- Mamy nowego pacjenta.
- I co w tym dziwnego? Prawie co tydzień jest jakiś nowy.
- Nie rozumiesz- stwierdził Brad siadając na swoim krześle.
- To mi wytłumacz.
Przybliżył się do mnie jakby była to jakaś straszna tajemnica. A może jest?
- Już kiedyś ktoś się tego podjął. Mężczyzny nie mogą znaleźć do tej pory- szepnął przy końcówcę.
Trzeba być szczerym. Narobił trochę mi strachu, ale   się tak łatwo nie poddaje. Wychyliłam się i spojrzałam na szybę za ramieniem Brada. Wstałam i pomaszerowałam w jego stronę. Po drugiej stronie zauważyłam mężczyznę z przyczepionymi  rękami do brązowego krzesła. Nie widziałam jego twarzy, bo mężczyzna miał ją pochyloną i było widać tylko proste, krótkie czarne włosy.  Wzięłam trzęsącym gardłem głęboki oddech i spojrzałam na Brada.
- Podejmiesz się tego?- spytał krzyżując swoje ręcę i opierając się o swoje czarne biurko wykonane z drewna
- Tak- powiedziałam pewna siebie. Wiedziałam, że dam radę i, że nikt mnie nie powstrzyma.
Brad uśmiechnął się lekko i przytaknął głową. Postanowił wyjść, lecz zanim to nastąpiło  zatrzymałam go pytaniem:
- Jak się nazywa?
- William. William Rauzer.